Sanktuarium Maryjne Królowej Polskiego Morza w Swarzewie
Strona Główna ˇ Foto Album ˇ Kontakt ˇ Księga Gości ˇ Szukaj November 23 2017 04:46:16
Nawigacja
Parafia Swarzewo
  Strona Główna
  Archiwalne zdjęcia NAC
  Foto Album
  Konstantyn Dominik
  Szukaj
  Msze Święte
  Księga Gości
  Kontakt
  Dzisiejsze wydarzenia

Sanktuarium Swarzewskiej Madonny

W historii i Legendzie

Świątynia w świetle badań

Wierny Lud Kaszubski

W poezji, pieśni i modlitwie

Pielgrzymki i Odpusty

Pielgrzymki Parafialne

Piesza Pielgrzymka Kaszubska na Jasną Górę

Zaprzyjaźnione strony

Narodowa Strategia Spójności
  Aktualności

Kalendarz
Listopad 2017
Nd Pn Wt Śr Cz Pt Sb
      1 2 3 4
5 6 7 8 9 10 11
12 13 14 15 16 17 18
19 20 21 22 23 24 25
26 27 28 29 30    
Przetłumacz stronę

Logowanie
Nazwa Użytkownika

Hasło

Zapamiętaj mnie



Zapomniane hasło?
Pielgrzymka do Ziemi Świętej

Relacja z pielgrzymki do Ziemi Świętej,

zorganizowanej przez Parafię Narodzenia Najświętszej Maryi Panny w Swarzewie

Pierwszy dzień – 28 kwietnia

Pielgrzymka nasza rozpoczęła się 28 kwietnia 2008 roku, a zakończyła po ośmiu dniach czyli 5 maja. Przed odjazdem na lotnisko, o godzinie szóstej rano, w swarzewskim sanktuarium wysłuchaliśmy Mszy św. koncelebrowanej przez naszych opiekunów duchowych: księdza proboszcza Stanisława Majkowskiego i pochodzącego z naszej parafii księdza Łukasza Białka. Obecna była również grupa pielgrzymów z sąsiednich parafii oraz ich duszpasterze, ponieważ mieliśmy lecieć tym samym samolotem i w najbliższych dniach nasze drogi nieraz krzyżowały się na pielgrzymim szlaku. Modliliśmy się o obfite owoce tej religijnej podróży, o ubogacenie naszej wiary, o bezpieczny lot. Zanim wsiedliśmy do autokarów, ksiądz Stanisław przypominając program pobytu, prosił o przyjmowanie wszelkich możliwych niedogodności w duchu pielgrzymkowej pokory, jako że jedziemy do kraju o innej kulturze, o odmiennych obyczajach. Zaznaczył, że pierwsi Europejczycy wędrowali do Ziemi Świętej w wielkim utrudzeniu przez kilka lat, więc nasza sytuacja jest, niezależnie od tego co się wydarzy, komfortowa.

Nasza cierpliwość została wystawiona na próbę jeszcze na polskiej ziemi, ponieważ na lotnisku w Rębiechowie okazało się, że godzina odlotu jest zmieniona i dopiero dwie godziny później, po licznych odprawach i rozmowach, samolot linii izraelskich zabrał nas i trzy inne grupy pielgrzymów, a po niecałych czterech godzinach bezpiecznie wylądowaliśmy na lotnisku Tel Aviv. Zegarki trzeba było przestawić o godzinę do przodu, a zanim wsiedliśmy do autokaru zaczęło zmierzchać i dość szybko zrobiło się ciemno. Już w wieczornych światłach zdążyliśmy zobaczyć, że wybrzeże Morza Śródziemnego w północnej części Izraela ma bardzo nowoczesną zabudowę, wiele budynków ze szkła i metalu, a nasza żydowska przewodniczka – pani Dorota – objaśniła, że w opinii Izraelczyków w Tel Avivie ludzie się bawią, w Hajfie pracują, a w Jerozolimie się modlą. Dwie pierwsze noce mieliśmy spędzić w Zikhorn – Ya-akov. Właścicielem hotelu jest Żyd, więc uprzedzono nas, żeby uszanować obyczaj koszerności podawanych tam potraw. Hotel był budowlą tarasowo wkomponowaną w zbocze góry, toteż byliśmy zdziwieni, że recepcja, do której nas podwieziono, znajduje się na 19 piętrze.

Drugi dzień – 29 kwietnia

Ten pierwszy poranek był słoneczny, ale rześki. Widok z hotelowego balkonu ukazał zielone pola i rudawe wzgórza osnute niebieskawą mgłą. Byliśmy na ziemi zwanej tak jak za czasów Jezusa – Galileą. Stąd Chrystus pochodził, tutaj spędził większość swojego życia, stąd powołał apostołów i tu dokonał wielu cudów. Nasze pielgrzymowanie rozpoczęliśmy od miasta Hajfa, które jest nowoczesnym portem, częściowo położonym na stokach Góry Karmel. W prehistorycznych czasach ludzie żyli w jaskiniach Karmelu, a na miejscu, gdzie znajduje się jaskinia proroka Eliasza wybudowano największy klasztor karmelicki i światowe centrum tego zakonu. Modlimy się przed figurą Matki Bożej Szkaplerznej, która znajduje się w ołtarzu głównym świątyni i dowiadujemy się, że stąd rozeszła się sława szkaplerza na cały świat. Otoczenie klasztoru i widoki są tak przepiękne, że zaczynamy robić pierwsze zdjęcia przy latarni morskiej zwanej Stella Maris – Gwiazda Morza. Ponieważ Hajfa słynie również z perskich ogrodów, którymi otoczono grób założyciela religii zwanej Baha’i (od arabskiego: Baha Allah – „Chwała Boga”, podjeżdżamy pod inne zbocze Góry Karmel, żeby nacieszyć oczy tymi niezwykłymi kompozycjami roślinnymi.

Teraz pani Dorota zapowiada, że jedziemy do Kany Galilejskiej i do Nazaretu. Swojskie nazwy, znane z kart Ewangelii. Jednak dwa tysiące lat po Chrystusie wszystko się tutaj zmieniło; obie te miejscowości są w całości zamieszkałe przez ludność arabską. Może i są wśród nich chrześcijanie, jednak pomiędzy jasnymi budynkami typowo arabskich domostw widać sporo meczetów. Nazaret dzisiaj jest 70.tysięcznym miastem, a za czasów Jezusa był najprawdopodobniej zupełnie maleńką osadą. Odwrotnie Kana – wówczas była o wiele znaczniejsza od Nazaretu, a dzisiaj jest niewielkim miasteczkiem. Udajemy się do franciszkańskiego Kościoła Cudu, gdzie według tradycji znajdowała się synagoga, gdzie miał miejsce ślub pary, na której weselu Jezus dokonał pierwszego cudu. Jest w naszej grupie sporo par małżeńskich i one stanęły w pobliżu ołtarza, żeby w skróconej postaci odnowić swój sakrament małżeństwa. Wzruszenie malowało się na niejednej twarzy.

W ogólnym widoku Nazaretu, który jest położony opodal Kany Galilejskiej, wyraźnie odznacza się kopuła Kościoła Zwiastowania, mająca kształt kielicha kwiatu. Właśnie tam zmierzamy. Dziedziniec ozdobiony palmami i bogato ukwiecony, a wewnątrz poniżej podłogi oświetlona przestrzeń osłonięta barierkami i szkłem, zawierająca kamienne zarysy budowli, która wedle tradycji była miejscem Zwiastowania, miejscem rozmowy Maryi z archaniołem Gabrielem, miejscem, gdzie powiedziała „Niech mi się stanie.” Ksiądz Stanisław czyta nam stosowny fragment z Ewangelii, potem śpiewamy „Archanioł Boży Gabriel”. Ten kościół, tak jak wiele innych, które odwiedzimy, jest wybudowany na ruinach bardzo starego kościoła z czasów bizantyjskich, czyli IV- VI wieku po narodzeniu Chrystusa. W Nazarecie znajduje się również Kościół pod wezwaniem św. Józefa, pod którym jest grota uważana za mieszkanie Świętej Rodziny, a inny przekaz głosi, że znajdował się tam warsztat św. Józefa. Jeszcze z autobusu zerkamy na budowlę zwaną źródłem Maryi i żegnamy Nazaret.

Po przerwie obiadowej jedziemy w kierunku Góry Tabor. W pewnym momencie okazuje się, że dalej autobusem jechać nie można. Wysiadamy i czekamy w kolejce z innymi pielgrzymami na dowożące na szczyt wzniesienia małe autobusiki – taksówki. Tu po raz pierwszy stykamy się z charakterystyczną dla Arabów hałaśliwością, gdy próbują ustalić kolejność. Jazda asfaltową serpentyną pozwala nam zachwycać się coraz wspanialszymi widokami całej Dolnej Galilei. Góra Tabor ma 660 metrów wysokości, działy się na niej rzeczy ważne w historii Izraelitów, jednak dla nas jest ważne, że tutaj miało miejsce Przemienienie. Jezus wziął ze sobą tylko Piotra, Jakuba i Jana i tam przemienił się w ich obecności, a „Jego odzienie stało się lśniąco białe…” (Mk 9:2-3) Oni byli z pewnością bardziej zmęczeni niż my, gdy pokonywali strome zbocza Góry, gdy ranili stopy skalnymi odłamkami.

Tutaj, w Bazylice Przemienienia, zbieramy się na wspólną z kilkoma innymi grupami pielgrzymów Mszę św. Projektantem bazyliki, jak i kościoła w Nazarecie, jest włoski architekt Antonio Barluzzi, który kształtem fasady w postaci dwóch wież i łączącego je łuku symbolicznie upamiętnił postacie Jezusa, Eliasza i Mojżesza. Wnętrze podzielone jest na nawy za pomocą trzech potężnych filarów a kopułę absydy zdobi piękna złota mozaika przedstawiająca Przemienienie. Siedzimy w prezbiterium, na schodach prowadzących amfiteatralnie w dół do ołtarza, a czytania liturgiczne przypominają nam, że to tutaj apostołowie usłyszeli głos z obłoku mówiący, że Jezus jest Synem Bożym. Homilia księdza Stanisława przypomina, że droga do Boga prowadzi przez przemianę serca, czasami cierpienie, a zawsze przez miłość. Po Mszy udajemy się na miejsce, z którego rozciąga się panoramiczny widok na rozległą okolicę. Zastanawiamy się, czy Jezus i apostołowie wtedy też widzieli zielone pola, pomiędzy którymi rozsiane są miasteczka Galilei. Ksiądz Stanisław przypomina, że przecież byli otoczeni obłokiem, więc Góra była pewnie otulona mgłą. Robimy grupową fotografię na tle galilejskiego pejzażu i taksówkami wracamy do autokaru.

W drodze do hotelu zbaczamy na chwilę z trasy; okazuje się, że widoczna na lewo osada to znane z Ewangelii Nain –miasteczko, w którym Jezus wskrzesił syna ubogiej wdowy. Podjeżdżamy pod niewielki kościółek, wioska jest całkowicie zamieszkała przez Arabów, klucze do świątyni, której właścicielami są franciszkanie, przechowuje kobieta mieszkająca w pobliżu, za nią z domu wybiega liczna gromadka dzieci i bacznie nas obserwują. Wszystko tu dość zaniedbane, robi smutne wrażenie. Ale przecież Jezus nie omijał miejsc, gdzie było biednie i ponuro.

Trzeci dzień – 30 kwietnia

Ten dzień mieliśmy w całości spędzić w okolicach Jeziora Genezaret, zwanego też czasami Jeziorem Tyberiackim. Po drodze widzimy z oddali na galilejskich pagórkach Nazaret, pani Dorota pokazuje nam górę, z której nazaretańczycy chcieli Jezusa strącić, gdy w synagodze zaczął wykładać pisma. W Izraelu nigdzie nie jest daleko, bo to niewielki kraj (mówi się, że wielkości naszego województwa podlaskiego), więc po niecałej godzinie wysiadamy nad brzegiem przystani, z której odpływają łodzie motorowe. Dla nas też zaplanowano przejazd łodzią po Jeziorze Genezaret. Poranek znowu rześki, ale bardzo słoneczny. Radość, że brzegi Jeziora nie są zabudowane i prawie nie widać śladu cywilizacji. Obok pomostu, z którego wsiadamy do łodzi, brzeg porasta trzcina, i zaraz myśl nasuwa ewangeliczne słowa o „trzcinie nadłamanej”. Gdy oddalamy się od brzegu, gdy milknie gwar rozmów i gdy zaspokojone zostają potrzeby amatorów fotografowania, coraz łatwiej wyobrazić sobie, że pewnie Jezus nie raz pływał z uczniami tutaj, a słońce tak samo świeciło, a niebo miało ten sam odcień błękitu i brzeg widziany ze środka Jeziora był osnuty taką fioletową mgłą, przez którą prześwitywały rdzawe zbocza gór. Wyłączono silniki łodzi i w zupełnej ciszy ksiądz Stanisław odczytał fragment z ewangelii o tym, jak Piotr szedł do Jezusa po wodzie. Potem zaśpiewaliśmy Barkę.

Jedziemy do Góry Błogosławieństw. Cały czas Genezaret widoczny z okien autobusu. Wśród bogatej roślinności, na samym szczycie franciszkanie zbudowali kościół, również według projektu Barluzziego, na planie ośmiokąta – osiem ścian symbolizuje osiem błogosławieństw, które Jezus tutaj wygłosił. Budowla jest otoczona krużgankiem z białych kolumn, które kontrastują z ciemnym, bazaltowym kolorem ścian. W tym rejonie często używa się tego kruszca do budowy świątyń, bo taki kamień występuje tutaj w naturze.

Inne miejsce, w którym się zatrzymujemy, nazywa się Tabga. Jest to miejsce, w którym Jezus dokonał cudu rozmnożenia chleba i ryb, aby nakarmić tłumy, które przyszły słuchać Jego nauk. Skała, która posłużyła za stół, gdy Jezus dokonał cudu, używana była jako ołtarz dla kilku kościołów wybudowanych kolejno w tym miejscu. Dzisiaj jest tam kościół wybudowany w XX wieku przez niemieckich benedyktynów, ale przed ołtarzem nadal zachowana jest mozaika z IV wieku, przedstawiająca bochenki chleba i ryby. Nie w kościele, ale na odkrytej przestrzeni, w cieniu drzew, z widokiem na Jezioro, w miejscu przystosowanym do odprawiania mszy polowych, nasi księża sprawują kolejną Eucharystię dla dwóch grup pielgrzymów, a w homilii przywołane zostaje Kazanie na Górze.

Niedaleko stąd, zupełnie blisko brzegu jest Kościół Prymatu Św. Piotra. Właściwie to mały kościółek, zbudowany z ciemnych bazaltowych kamieni; ma bardzo skromny wystrój wnętrza, a najważniejszym w nim elementem jest olbrzymi kamień znajdujący się u stóp ołtarza, a na nim widnieje tabliczka z napisem: Mensa Christi – Stół Pański. To tutaj Jezus po raz trzeci ukazał się apostołom po swojej śmierci, przy tej skale spożył z nimi posiłek i tutaj powiedział Piotrowi „Paś baranki moje…Paś owce moje” (J 21:15-19). Podchodzimy do brzegu, niektórzy szukają pamiątkowego kamienia wśród bazaltowych otoczaków, i wyobrażamy sobie scenę spotkania Jezusa z uczniami. Chcemy zachować w pamięci ten obraz.

Na koniec jedziemy do Kafarnaum, a właściwie do miejsca, gdzie kiedyś było to ukochane przez Jezusa miasto. Tutaj powołał nie tylko Piotra, ale i Andrzeja, Jakuba, Jana i Mateusza. Tutaj też dokonał wielu cudów: uzdrowił teściową Piotra, wskrzesił dziecko, uleczył trędowatego, uzdrowił sługę centuriona oraz „słowem wypędził złe duchy i wszystkich chorych uzdrowił” (Mt 8:16) . Po Zmartwychwstaniu, w tym miejscu, w domu Piotra, powstała jedna z pierwszych wspólnot judeochrześcijańskich.

Najpierw siadamy na koliście położonych ławkach kościoła franciszkańskiego, który jest nowoczesną budowlą z szerokim widokiem na Jezioro Genezaret. Ksiądz Stanisław odczytuje kolejny fragment Ewangelii, ilustrujący uzdrowienie sługi setnika /Łk 7,1-10/.Od pani Doroty dowiadujemy się, że pod kościołem odkryto ruiny bardzo rozległego domostwa, które najprawdopodobniej jest domem św. Piotra i jego licznej rodziny. Jest wiele dowodów naukowych potwierdzających to przypuszczenie. Domostwo rozciąga się poza obręb kościoła, a opodal widzimy dobrze zachowane ruiny, które okazują się resztkami bardzo starej, bo mającej na pewno 1700 lat synagogi. Przewodniczka tłumaczy (przekonuje), że Jezus modlił się z pewnością w podobnej synagodze. Zbudowana z drogiego, białego kamienia, który musiał być sprowadzony z daleka. Kolumny i belki bogato rzeźbione, z ornamentami typowymi dla synagog. To pomaga naszej wyobraźni cofnąć się w czasie.

Pora na lunch czyli po prostu obiad. Pani Dorota zapowiada, że będziemy jedli w restauracji kibucu, zajmującego się połowem ryb. Kibuce to rodzaj spółdzielni rolniczych, które zaczęli zakładać w Izraelu pierwsi osadnicy. Zarezerwowane dla nas stoliki znajdują się przy nabrzeżu jeziora, na dużej zadaszonej przestrzeni powiewa bryza, obsługa jest młoda, sprawna i …hałaśliwa. Na przystawkę jest miejscowy chlebek, rodzaj podpłomyka, który się łatwo rozdwaja i może być napełniony surówkami. Danie główne to ryba, podana w całości, ozdobiona cytryną, do niej frytki. Ryba nazywa się tilapia i może dlatego, że jest uważana za rybę św. Piotra, bardzo nam smakuje. Na deser banany, które nie wyglądają tak ładnie jak w naszych sklepach, ale są dużo smaczniejsze.

Po posiłku opuszczamy Galileę i jedziemy na południe, do Jerozolimy. Jeszcze spojrzenie na Jezioro Genezaret i miejsce, gdzie wpływa doń rzeka Jordan. Dziwi nas, że jest niezbyt szeroka. Niedaleko od ujścia Jordanu nasz autokar podjeżdża w pobliże miejsca, gdzie jest specjalnie dla pielgrzymów umocnione nabrzeże. Jest tu co najmniej kilka grup zachowujących się bardzo różnie ludzi: jedni hałaśliwie robią sobie zdjęcia, inni, przebrani w długie, białe koszule, schodzą do wody i w całości nabożnie się w niej zanurzają. My odnawiamy pod kierunkiem księdza Proboszcza przyrzeczenia chrzcielne i kolejno podchodzimy doń z pochylonymi głowami, a ksiądz kropi każdego wodą, którą i Jezus został ochrzczony. Jeszcze spojrzenie na dorodne drzewa eukaliptusów, które porastają brzegi Jordanu, i trzeba jechać dalej.

Zielone winnice, rżyska po niedawno skończonych żniwach ustępują coraz bardziej dzikiemu krajobrazowi. Po prawej mijamy krainę zwaną Samarią. A my wjeżdżamy w Pustynię Judzką. Górzysty pejzaż, w którym dominują skały, ziemi coraz mniej, w zagłębieniach kępki suchej trawy. Ta mizerna roślinność ma swoich amatorów – stada owiec z długą, brązową wełną. Okazuje się, że na pustyni żyją Beduini, prowadzący koczowniczy tryb życia pasterze, którzy uważają siebie za najbardziej uprawnionych mieszkańców tej ziemi i nie poddają się prawom państwa Izrael. To jedno z naszych utrapień – mówi pani Dorota.

Po dwóch, trzech godzinach na horyzoncie pierwsze bloki mieszkalne, co oznacza, że zbliżamy się do Jerozolimy; miasta położonego na wzgórzach. O zmroku wjeżdżamy do Jerozolimy Wschodniej, zamieszkałej przez ludność arabską. W całym Izraelu na 7 milionów mieszkańców prawie dwa miliony stanowią Arabowie. Mimo że zamiast ziemi widać skały, wszędzie dużo obfitej roślinności i kwiecia zdobi skwery, place, parki i pojedyncze posesje. Przewodniczka mówi, że Izrael ma bardzo rozbudowany system nawadniania; dosłownie pod każdy krzaczek jest doprowadzona woda, gromadzona przemyślnie w porze deszczowej. Żeby odpowiednio zaparkować przy hotelu, nasz kierowca trzykrotnie objeżdża przyległy segment ciasnych uliczek, blokuje ruch na najruchliwszej z nich, jednak nikogo z miejscowych to zbytnio nie dziwi.

Dzień czwarty – 1 maja

Zaczynamy poznawanie Jerozolimy. Wjeżdżamy na Górę Oliwną, najwyższe chyba wzniesienie w mieście, skąd rozciąga się przepiękna panorama na całe miasto. Złota Kopuła Meczetu Skały jest punktem orientacyjnym, pozwalającym pani Dorocie tłumaczyć, gdzie znajdowała się Świątynia Jerozolimska, jak była ogromna i piękna, gdy Jezus na nią spoglądał ze zbocza Góry Oliwnej. Mówi również o najważniejszych okresach historycznych w dziejach Jerozolimy. O tym , że w 70. roku po Chrystusie Świątynia została zrównana z ziemią, a Żydzi w wyniku prześladowań rozproszeni i że prawie 300 lat później, gdy przestano prześladować chrześcijan, św. Helena, matka cesarza Konstantyna, przyjechała tu i rozpoczęła poszukiwanie śladów życia, śmierci i zmartwychwstania Jezusa, a po kolejnych 300 latach zawładnęli Jerozolimą Persowie i przez niemal 500 lat ani chrześcijanie, ani Żydzi nie mieli tu dostępu. Potem przez XII i XIII wiek Jerozolima była w rękach chrześcijan z Europy – krzyżowców. Jednak przez kolejne 700 lat Ziemię Świętą zamieszkiwali niemal wyłącznie Arabowie, wyznawcy islamu. Dopiero gdy po I wojnie tereny te przeszły w zarząd Brytyjczyków, Żydzi uzyskali stopniowo możliwość ponownego osiedlania się na ziemi kiedyś im obiecanej. Od 1948 tworzą ponownie państwo Izrael, którego stolicą jest Jerozolima.

Schodzimy nieco niżej stromą, asfaltową uliczką, a chłopcy arabscy próbują nam wcisnąć gałązkę oliwną za „one dolar”, bo według tradycji idziemy drogą, którą Jezus wjeżdżał do Jerozolimy w Niedzielę Palmową. Po lewej stronie jest ogromny cmentarz żydowski, na którym spoczywają zamożni wyznawcy judaizmu, wierzący, że tutaj pochowani pierwsi zmartwychwstaną, bo tak mówi Pismo. Z opowieści o zwyczajach pogrzebowych Żydów zapamiętujemy, że do dzisiaj zwłoki są grzebane bez trumny, tylko zawinięte w całun.

Spośród licznych kościołów, które są w Jerozolimie i upamiętniają różne wydarzenia ewangeliczne, najpierw trafiamy na obsadzony różami dziedziniec Kościoła Pater Noster - Ojcze Nasz. To dla nas Kaszubów szczególnie ważny kościół, gdzie na ścianach dziedzińców i krużganków oraz samej świątyni widnieją napisane w różnych językach tablice z tekstem modlitwy, której nauczył nas Jezus. Jest tych tablic ponad 60. Wśród mniejszych znajdujemy i tę w języku kaszubskim i głośnym chórem odmawiamy modlitwę w naszej „rodnej mowie”. Przewodniczka tłumaczy, że świątynia ta powstała na miejscu, gdzie św. Helena odnalazła w grocie tablice z czasów apostolskich z tekstem Ojcze Nasz. Uznano, że tam Jezus uczył apostołów tej modlitwy.

Kolejny kościół na naszej trasie ma bardzo poetycką nazwę: Dominus Flevit – Pan Zapłakał. Jest na zboczu Góry Oliwnej, w miejscu, gdzie Jezus spoglądając na przeciwległe Wzgórze Świątyni, zapłakał zapowiadając zburzenie Jerozolimy. Budowla jest niewielka, oknem skierowana na Wzgórze Świątynne, a kopuła ma kształt łzy. Przez chwilę, korzystając, że jesteśmy sami, modlimy się zapatrzeni w widok za oknem. Na zewnątrz wśród licznej zieleni pani Dorota pokazuje nam krzew z wielkimi kolcami, który mógł być użyty do wykonania korony cierniowej.

Dochodzi godzina 10, a już rano nasza żydowska przewodniczka zapowiedziała, że o tej godzinie w całej Jerozolimie zaczną wyć syreny, żeby na minutę zatrzymać wszystko w mieście dla uczczenia ofiar holocaustu. Rzeczywiście, rozległy się dźwięki syren, wszyscy zastygliśmy w milczeniu, a potem niejeden z nas ukradkiem ocierał łzę.

Nieco niżej na zboczu dochodzimy do niewielkiego zagajnika, w którym rośnie osiem kilkusetletnich drzewek oliwnych. Mają bardzo grube, jakby pozrastane z wielu cieńszych, pnie. Pomiędzy nimi klomby z kwiatami. To Getsemani, ogród, którym dzisiaj opiekują się franciszkanie. Do niego przylega jeden z największych i najpiękniejszych kościołów, który jeszcze nieraz będziemy widzieli z oddali: to Bazylika Konania zwana inaczej Kościołem Narodów. Jego budowę sfinansowało bowiem wiele krajów, a znajduje się na miejscu, gdzie Jezus modlił się w noc pojmania. Okna mają takie witraże, dzięki którym wewnątrz zawsze jest ciemno, żeby przypominać tamtą czwartkową noc. Przed ołtarzem wyłania się ogromny głaz – Skała Konania, na której Jezus się modlił i krwią się pocił. Z powodu dużej liczby pielgrzymów, modlimy się na zewnątrz, w cieniu drzewa zwanego chlebkiem świętojańskim…..

Jeszcze w pobliżu, na stokach Góry Oliwnej, dwie groty: Grota Pojmania, gdzie Judasz wskazał żołdakom Jezusa, oraz grota, w której znajduje się Kościół Grobu Matki Bożej. To budowla z czasów krzyżowców, obecnie w posiadaniu ortodoksyjnych Greków.

Popołudnie tego dnia mamy spędzić niejako „za granicą”. W programie jest Betlejem, a to teren Autonomii Palestyńskiej. Zbliżając się do granicy widzimy 8.metrowy mur, o którym niedawno głośno było w mediach. Do Betlejem nie ma wstępu nasza żydowska przewodniczka, tam będzie nas oprowadzał miejscowy Arab. Zanim cokolwiek nam pokaże, telefonicznie kieruje nas do znajomego sklepu z pamiątkami. Nie mieliśmy dotychczas wielu okazji do robienia zakupów, więc zostawiamy tam dość sporo dolarów. Na ulicy obstępują nas handlarze z naręczami korali z agatów. Wreszcie dochodzimy do placu, przy którym jest Bazylika Narodzenia Pańskiego. To najstarszy kościół w Izraelu a może i na świecie. Ma około 1700 lat. Z zewnątrz przypomina fortecę; wejście zostało zwężone i obniżone, żeby uniemożliwić najeźdźcom muzułmańskim wjeżdżanie do świątyni na koniach. Wewnątrz podwójne rzędy sczerniałych kolumn dzielą całość na pięć naw, z których każda przynależy do innego wyznania chrześcijańskiego. Rzuca się w oczy ogólne zaniedbanie.

Prawą nawą idziemy w kierunku ołtarza głównego, gdzie największy tłum, ale tam gdzieś przed nami wejście do Groty Narodzenia, która znajduje się pod ołtarzem. Robi się coraz większy ścisk i jest bardzo duszno. Nad nami, wśród ciemnych sklepień i belek, mnóstwo nocnych lampek, zawieszonych w dość nieuporządkowany sposób. W pewnym momencie widzimy, że nasz przewodnik zaczyna sprzedawać pęczki świeczek. Ludzie kupują, bo uzasadnienie jest takie: żyjący tutaj chrześcijanie arabscy są bardzo biedni i trzeba ich wspomagać. Zbliżamy się do schodów prowadzących w dół. Obok nas pielgrzymi mówiący po rosyjsku. Gdzieś po godzinie zjawia się policjant i bardzo głośno krzycząc nakazuje ludziom odsunięcie się od wejścia. Mija dłuższa chwila, zanim rozumiemy o co mu chodzi. Niedługo potem procesja dostojników obrządku wschodniego, ze śpiewem, świecami i kadzidłami wchodzi do Groty, jednak wkrótce ją opuszczają i możemy znowu czekać na swoją kolej. Gdy wreszcie tam się znajdujemy, trudno się skupić, pomodlić, jakiś duchowny popędza, żeby wychodzić. Wśród świecidełek ledwo dostrzegamy srebrną gwiazdę, ulokowaną pod ołtarzykiem pozasłanianym różnymi tkaninami, oznaczającą miejsce narodzenia Jezusa. Jeszcze oglądamy fragmenty fresków na pradawnych kolumnach, przepiękną mozaikę podłogową z czasów bizantyjskich i nie sposób oprzeć się refleksji, że ponad półtora tysiąca lat temu ludzie potrafili swoją cześć dla miejsc świętych wyrażać piękniej.

Pod Betlejem jest miejsce zwane Polem Pasterzy. Tam jedziemy, żeby w Grocie Pasterzy wysłuchać Mszy św. Jesteśmy sami, tylko nasza grupa, więc możemy w skupieniu się modlić, w otoczeniu skalistych ścian skromnego wystroju kaplicy. Ksiądz Łukasz w homilii mówi o otwartości na Boga ludzi prostych i ich gotowości na przyjęcie Chrystusa.

Dzień piąty – 2 maja

To ma być bardziej wypoczynkowy dzień. Dlatego na rano jest zaplanowana Msza św. we wczoraj oglądanej Grocie Pojmania. Nie ma jeszcze turystycznego zgiełku, więc w spokoju modlimy się dziękując Bogu za obfitość wrażeń już doznanych, za bliskich, którzy prosili nas o pamięć. Ksiądz Stanisław w krótkiej homilii mówił, że trzeba czuwać, aby nie zdradzić Chrystusa, bo nawet zewnętrzna bliskość Pana Jezusa nie gwarantuje wierności. Trzeba uwierzyć i zaufać Mistrzowi umysłem i sercem.

Potem wyjeżdżamy z Jerozolimy nad Morze Martwe i do Masady. Już 10 minut po opuszczeniu miasta wokół nas pozostaje sama pustynia, bez śladu zieleni. Teraz dopiero można zrozumieć znaczenie systemu nawadniającego, dzięki któremu Jerozolima jest taka zielona i kwitnąca. Między wzniesieniami dostrzegamy niedbale sklecone szałasy Beduinów. Zjeżdżamy w dół, na tereny największej w świecie depresji, i czujemy zmiany ciśnienia w uszach. Po godzinie jazdy z lewej strony drogi pojawia się wśród rudawych skał zielono-turkusowy, zamglony pas wody. To Morze Martwe. Odtąd jego widok będzie nam towarzyszył cały czas. Pejzaż niemal księżycowy, morze wysycha i na jego brzegach tworzą się piaszczysto-słone łachy. Z prawej coraz bardziej strome i skaliste góry. Widać w nich ogromne wyżłobienia, spowodowane wodą spływająca do morza w porze deszczowej. Podobno siła tych potoków jest tak ogromna, że kierowcy są ostrzegani przed zagrożeniem zalania i porwania pojazdu w kierunku morza. Kilka razy pustynną monotonię zmienia widok zielonej plantacji palmy daktylowej. To efekt sztucznego nawadniania i trudu jakiejś wspólnoty kibucowej, starającej się eksploatować pustynię.

Dojeżdżamy do Masady. To ulokowana na płaskim szczycie niedostępnej góry twierdza, budowana przez Heroda Wielkiego. Były tam warunki do życia i obrony przed wrogiem dla tysiąca osób: domy mieszkalne, składy z zapasami żywności, cysterny z hektolitrami gromadzonej przemyślnie wody, synagoga i zespół pałacowy króla. Gdy w 70. roku wojska cesarza rzymskiego stłumiły powstanie żydowskie i zniszczyły całą Jerozolimę, to tylko tutaj przez trzy lata bronili się Żydzi, bo twierdza była niedostępna. Gdy w końcu, dzięki nasypom wykonanym przez niewolników, Masada stała się została zdobyta, wtedy broniący jej Żydzi popełnili zbiorowe samobójstwo, żeby nie dać satysfakcji napastnikom. Dzisiaj właśnie w Masadzie młodzi żołnierze izraelscy składają przysięgę wojskową.

Najpierw w muzeum urządzonym w budynkach u podnóża twierdzy oglądamy liczące sobie 2000 lat przedmioty wydobyte z ruin Masady, a potem kolejką linową zostaliśmy wywiezieni na szczyt góry, gdzie zachowały się dość liczne ślady starożytnych budowli. Pustynny skwar nie zachęcał jednak do dłuższego przebywania wśród ruin, w perspektywie była plaża i kąpiel w tym niesamowitym, zasolonym jak nigdzie morzu.

W jednej z oaz, gdzie wśród palm budynek kurortu i kilka sklepów, jest też plaża, na której mamy spędzić jakieś dwie godziny. Przebieralnia dla kobiet na zapleczu sklepu z kostiumami kąpielowymi i leczniczym błotem, z którego słynie Morze Martwe. Pierwsi odważni z piskiem wchodzą do wody, ponieważ nadbrzeżne kamyczki są oszronione solą i ta razi w stopy. Reszta to sama przyjemność; woda unosi każdego i jest cieplutka. Potem opłukani z tej solankowej kąpieli jeszcze próbujemy coś kupić w sklepie z kosmetykami, które zawierają bogactwa morskich minerałów.

W drodze powrotnej znowu cieszymy oczy widokiem tego jedynego w świecie morza, a na koniec dnia mamy odwiedzić Jerycho – najstarsze miasto świata. Istniało już 8 tys. lat przed Chrystusem. To bardzo duża i bogata w żyzną ziemię oaza. Znowu formalności związane z przekraczaniem granicy, ponieważ to teren Autonomii. Dużo bujnej roślinności w tym 30.tysięcznym miasteczku, ale i dużo zaniedbanych miejsc. Arabski przewodnik pokazuje nam dwa obiekty: drzewo sykomory, podobne do tego, na które wszedł ewangeliczny Zacheusz, żeby zobaczyć i usłyszeć Jezusa oraz Górę Kuszenia, ponury masyw skalny dominujący nad miastem. W jego stromym zboczu Grecy zbudowali monastyr, który wygląda, jak gniazda jaskółcze, a nazywa się Quarantel, co oznacza „czterdzieści dni”. Tu według tradycji Jezus pościł. Przy sykomorze wielu robi sobie zdjęcia, a Górę oglądamy z miejsca widokowego, gdzie ponownie dopadli nas uliczni handlarze. Z okien autobusu pokazują nam jeszcze miejsce wykopalisk archeologicznych i wracamy. Jak zawsze w czasie dłuższych przejazdów, ksiądz Stanisław prowadzi w autobusie codzienne modlitwy: Różaniec, czasami Koronkę do Miłosierdzia Bożego, niekiedy jeszcze Godzinki.

Dzień szósty – 3 maja

Ponieważ na ostatnie cztery dni zostajemy zakwaterowani w hotelu położonym na Górze Oliwnej, więc mamy stąd niedaleko do poznanego już kościoła Pater Noster. Tam właśnie udajemy się rano na Mszę św. Odprawiają ją księża z naszej grupy i grupy człuchowskiej.

Cały ten dzień spędzimy na Starym Mieście, w pobliżu najświętszych miejsc dla trzech wielkich religii monoteistycznych Jerozolimy- judaizmu, chrześcijaństwa i islamu. Wchodzimy przez jedną z ośmiu bram, Bramę Św. Szczepana lub inaczej Bramę Lwów. W pobliżu jest Kościół Św. Anny. To bardzo piękna budowla z czasów krzyżowców, zachowana bez uszkodzeń, bo została przez wyznawców islamu zamieniona na szkołę koraniczną. Kościół został wybudowany nad kaplicą, czczoną jako miejsce urodzenia Maryi i domu jej rodziców- Anny i Joachima. Ksiądz Stanisław nam tłumaczy, że tradycja mówi, iż Maryja jako dziewczyna posługiwała w Świątyni Jerozolimskiej, a ta była niedaleko stąd.

Obok kościoła spory obszar ogrodzonych wykopalisk; to resztki cysterny czyli ogromnego zbiornika wodnego z czasów Jezusa zwanego Sadzawką Betezdy. W jej krużgankach przez 38 lat czekał na uzdrowienie paralityk, do czasu gdy przechodzący Jezus się nad nim ulitował. Teraz już niedaleko do miejsca, w którym rozpoczyna się Droga Krzyżowa – Via Dolorosa. Będziemy się modlili idąc drogą, którą najprawdopodobniej szedł i Jezus, będziemy nieśli symboliczny krzyż, wypożyczony w kaplicy franciszkanów, gdzie pielgrzymi rozpoczynają tę modlitewną wędrówkę. Pierwsze trzy stacje – Skazanie na śmierć, Wzięcie krzyża i Pierwszy upadek – modlimy się przechodząc do niewielkich kościółków, poświęconych tym wydarzeniom. Jest Kaplica Ubiczowania i Kaplica Skazania, a potem przewodnik prowadzi nas dziwnym zapleczem do podziemia, jak się okazuje, klasztoru Sióstr Syjońskich i tam zwraca uwagę, że posadzka jest z płyt z czasów rzymskich, bo zachowały się na niej znaki do „gry w króla”, ulubionej zabawy żołnierzy Piłata. Tam była Twierdza Antonia i dziedziniec zwany Lithostrotos, na którym sądzono Jezusa. Kolejnych siedem stacji Drogi Krzyżowej modlimy się na wolnym powietrzu; najpierw w ciasnych uliczkach, ale jeszcze niezbyt zatłoczonych, a potem idziemy przez arabski bazar. Prowadzący modlitwy ksiądz Łukasz pokazuje nam na ścianach budynków obwieszonych wszelakim towarem maleńką tabliczkę z rzymską cyfrą, oznaczającą kolejną stację, a my nawet nie mamy możliwości uklęknąć i nie zawsze słyszymy słowa modlitwy. Przeciskamy się między krzykliwymi Arabami, potykamy o odpadki leżące na ziemi, rozstępujemy się, gdy w ten tłok wjeżdża jakiś mały ciągnik. W takich warunkach próbujemy rozważać, jak Weronika ocierała twarz Zbawicielowi, jak spotkał płaczące kobiety, jak upadał. I każdy jest zmuszony pomyśleć: czy wtedy też większość otaczających Jezusa ludzi to byli obojętni, rozkrzyczani handlarze?

Nagle wychodzimy z tego jazgotu, otacza nas cisza, jesteśmy na jednym z dziedzińców, należącym do klasztoru koptyjskiego, przylegającym do Bazyliki Grobu Bożego. To już jest prawie Golgota. Tutaj w spokoju odmawiamy do końca Drogę Krzyżową. Zorientowani mówią, że gdy wejdziemy do Bazyliki, to nie będzie warunków do modlitwy. I tak też było. Spędziliśmy w tym najważniejszym dla chrześcijan miejscu co najmniej trzy godziny, ale modlić się tam było bardzo trudno.

Ostatnie pięć stacji Drogi Krzyżowej mają swoje miejsca pod jednym dachem tej ogromnej budowli – Bazyliki Grobu. Najpierw czekamy w tłumie na zbliżenie się do ołtarza, który jest na miejscu obnażenia z szat i przybicia do krzyża. Zielono-złota mozaika nad ołtarzem pokazuje Jezusa rozciągniętego na krzyżu. Nad naszymi głowami łukowate sklepienia też całe ozdobione granatowo-złotymi ornamentami. Mało światła, ludzie się wzajemnie popychają. Od tego miejsca kilka metrów w lewo kolejny ołtarz – miejsce, w którym wzniesiono krzyż. Wystrój jak w cerkwi – dużo srebra i złota – bo to obszar wyznawców prawosławia. Tutaj ludzie na klęcząco podchodzą do niewielkiego ołtarza, pod którym jest srebrny krąg, a w nim otwór, wskazujący miejsce, w którym stał krzyż. Wierni wkładają rękę do otworu, kobiety w chustkach kłaniają się dotykając głową posadzki.

Teraz stromymi schodkami schodzimy na inny poziom; tutaj więcej przestrzeni i jaśniej – widać wyraźnie kamienną płytę, nad którą wiszą rzędem wieczne lampki. Do kamienia ze wszystkich stron tłoczą się ludzie. To Kamień Namaszczenia. Tutaj zniesiono Jezusa po zdjęciu z krzyża, oddano Matce i namaszczono wonnościami przed złożeniem w grobie. Dzisiaj wierni ocierają o ten kamień różne przedmioty, chusty, szale. Niektórzy z nas trzymają różańce i nimi dotykają świętego kamienia.

Gdy cała nasza grupa zbiera się w jednym miejscu, przechodzimy jeszcze dalej w lewo i znajdujemy się w ogromnej i wysokiej rotundzie – okrągłym kościele, utworzonym z potężnych filarów, zwieńczonym rozświetlającą wnętrze kopułą. W środku tej ogromnej budowli znajduje się również okrągła kaplica - ciemna, u wejścia ozdobiona dużymi paschałami. Okazuje się, że wewnątrz tej kapliczki jest grób Jezusa, miejsce Zmartwychwstania. Jego autentyczność jest bardzo rzadko kwestionowana.

Tego wszystkiego dowiadujemy się dopiero po jakimś czasie, ponieważ na początku widzimy tylko bardziej gęsty niż w innych częściach bazyliki, wielojęzyczny tłum okalający kaplicę Grobu i jesteśmy oszołomieni panującym tam gwarem. Oszacowano, że na wejście do Grobu możemy czekać około trzech godzin. Nie było w tym wielkiej przesady.

Bazylika Grobu Bożego jest zlepkiem budowli z różnych okresów i jej poszczególne części są własnością sześciu różnych kościołów chrześcijańskich. Kaplice znajdują się na czterech poziomach, jako że całość powstawała stopniowo na terenie będącym pierwotnie kamieniołomem, w którym po wybraniu kamieni powstawały nisze. Niemal 300 lat po Zmartwychwstaniu cesarzowa Helena rozpoczęła tu poszukiwania śladów Jezusa, we śnie ukazało się jej miejsce grobu. Wtedy powstały pierwsze budowle chrześcijańskie, potem nieraz burzone. Dzisiaj jest tu między innymi Kaplica św. Heleny, Kaplica Adama, Kaplica Odnalezienia Krzyża i Kaplica Św. Marii Magdaleny, należąca do katolików.

Gdy nasze czekanie w wielkim ścisku na wejście do Grobu dobiegało końca, zaczęto nas po kilka osób wpuszczać do tego chyba najważniejszego dla każdego chrześcijanina miejsca na Ziemi. Najpierw wchodzi się do tak zwanej Kaplicy Anioła, miejsca, gdzie anioł obwieścił Marii Magdalenie, że Jezus zmartwychwstał. Popędzani pokrzykiwaniem mężczyzny kierującego ruchem, pochyleni wchodzimy niewielkim przejściem do jeszcze mniejszego pomieszczenia, w którym mieszczą się zaledwie trzy osoby. Klęcząc dotykamy wygłaskanej przez stulecia białej, marmurowej płyty, zakrywającej kamień, którym był zamknięty Jezusowy grób. Nie mamy nawet minuty i popędzani stale głośnym nawoływaniem musimy opuścić to miejsce. Odchodząc czujemy rozgoryczenie i pytamy siebie, czy tak to musi wyglądać.

Po przejściu niewielkiego odcinka pieszo i po poddaniu się kontroli, wykonywanej przez żydowskich żołnierzy przy specjalnych bramkach, wchodzimy na plac, który jest najważniejszym miejscem na Ziemi dla pobożnych Żydów. Jesteśmy przy tak zwanej Ścianie Płaczu, która przez Żydów wcale tak nie jest nazywana; oni podkreślają, że to jest Mur Zachodni. Jedyny fragment Drugiej Świątyni, który nie został zniszczony. Dzisiaj miejsce, do którego przychodzą się modlić Żydzi, zwłaszcza w szabat. Jest sobotnie popołudnie, więc modlących się jest sporo. Około 30.metrowa długość Muru jest przedzielona prostopadle ustawionymi barierkami, które oddzielają stronę lewą, przy której modlą się mężczyźni, od strony prawej, przeznaczonej dla kobiet. Możemy i my wejść, żeby się pomodlić. Pamiętamy, że modlił się tu Jan Paweł II. Przy wejściu sprawdzane jest, czy kobiety nie mają niestosownego ubioru, zwłaszcza odkrytych ramion. Jest też tam niewielki regał z modlitewnikami, jak się domyślamy, do wypożyczenia, są też plastikowe krzesła, niektórzy siedzą, a niektórzy podchodzą bardzo blisko Muru i modlą się na stojąco. Wierni odchodząc cofają się, zwróceni twarzą do Ściany. Już wcześniej nas uprzedzono, że nie należy na całym placu fotografować.

Idziemy dalej w kierunku naznaczonym przez linię muru, oglądamy wykopaliska, które odkrywają podziemne części Świątyni, są nawet elementy Pierwszej Świątyni, wybudowanej przez króla Salomona. Tylko w oddali widzimy złotą Kopułę Skały, która pokrywa miejsce, gdzie Abraham przygotował ołtarz, na którym miał ofiarować Bogu Izaaka, a według muzułmanów był to Izmael, pierworodny syn Abrahama, od którego pochodzą Arabowie. To dzisiaj przepiękny okaz architektury arabskiej. Jednak ani Kopuła Skały, ani znajdujący się niedaleko meczet Al.-Aksa nie są dostępne dla zwiedzających. To trzecie co do ważności, po Mekce i Medynie, miejsce kultu dla muzułmanów. Kopułę Skały zbudowano dokładnie na miejscu, gdzie stała Świątynia Jerozolimska, tam, gdzie w miejscu zwanym Święte Świętych znajdowała się Arka Przymierza i tylko raz w roku wchodził najwyższy arcykapłan. Stąd do dzisiaj żaden wierzący Żyd tam się nie zbliża.

Kończymy ten dzień pełni zadumy nad tym przedziwnym połączeniem na niewielkiej przestrzeni Jerozolimy miejsc najświętszych dla trzech wielkich religii świata.

Dzień siódmy – 4 maja

Znowu wyjeżdżamy z Jerozolimy; tym razem zbliżamy się do położonej na zielonych wzgórzach miejscowości o nazwie Ein Karem. Bogata roślinność ma swoją przyczynę w licznych źródłach. Tutaj mieszkała św. Elżbieta z mężem Zachariaszem, tutaj urodził się św. Jan Chrzciciel, tutaj przywędrowała Maryja, by odwiedzić swoją spodziewającą się syna krewną. W kościele pod wezwaniem Nawiedzenia Św. Elżbiety bierzemy udział we Mszy św. Jest z nami grupa pielgrzymów z sąsiedztwa, więc koncelebrują Mszę czterej księża, a homilię głosi ksiądz Stanisław, który przypomina, że Maryja pozdrowiła Elżbietę słowami pokoju i wyśpiewała najpiękniejszy hymn, jaki człowiek może Bogu oddać. Kończymy nabożeństwo odśpiewaniem Magnificat, bo to miejsce najbardziej ku temu stosowne. Potem na zewnątrz widzimy, podobnie, jak w kościele Pater Noster, że na ścianach dziedzińca są tablice z tekstem tej pieśni pochwalnej, zapisanym w różnych językach, w polskim też.

Idziemy do drugiego w Ein Karem kościoła, którym uczczono miejsce urodzenia Jana Chrzciciela. Tutaj również dziedziniec ozdobiony tablicami z tekstem, tym razem psalmu dziękczynnego, który wyśpiewał Zachariasz, gdy odzyskał mowę po urodzeniu syna. My przystajemy przed tablicą w języku polskim i również odśpiewujemy psalm. Nasze wędrowanie po Ziemi Świętej zbliża się do końca i coraz silniej odczuwamy wdzięczność, że tu jesteśmy.

Następnie jedziemy na Górę Syjon. Tam najważniejsze dla nas miejsce to Wieczernik. Wchodzimy do dość dużej sali, ozdobionej kolumnami wspierającymi łukowate sklepienia. Ta budowla została wykonana przez krzyżowców jakieś 900 lat temu na miejscu, gdzie raczej na pewno odbyła się Ostatnia Wieczerza. Nie ma tutaj żadnej świątyni, bo to miejsce jest własnością państwa Izrael, jednak każda przychodząca grupa modli się tutaj. My też śpiewamy pieśń eucharystyczną.

W tym samym budynku jest grób króla Dawida, kolejne miejsce kultu dla Żydów. W niewielkim pomieszczeniu, okryta czerwonym aksamitem zdobionym haftowaną złotem gwiazdą dawidową, podłużna bryła symbolizuje ten grób. Przypomina on czasy tysiąc lat przed Chrystusem, gdy król Dawid zakładał na zboczach Góry Syjon podwaliny pod dzisiejszą Jerozolimę. Wykopaliska archeologiczne to potwierdzają.

Jeszcze na Syjonie odwiedzamy Bazylikę Zaśnięcia NMP. Według tradycji było to miejsce zamieszkania Maryi po zmartwychwstaniu i tutaj zasnęła. Obecny kościół został wybudowany na ruinach poprzednich kościołów przez benedyktynów niemieckich. Z górnej części schodzi się do krypty, która jest uważana za dom Maryi. Chwila skupienia przy znajdującej się po środku figurze śpiącej Matki Bożej.

Teraz udajemy się do Yad Vashem. To ogromny park-muzeum, poświęcony pamięci ofiar Holocaustu. Tutaj po niedługim wstępie przy bramie głównej przewodnik prowadzi nas w głąb aleją, przy której rosną drzewka, przeważnie oliwne, posadzone dla upamiętnienia ludzi ratujących Żydów z zagłady. Potem spacerując natrafiamy na różne symbole plastyczne, upamiętniające Holocaust, między innymi rzeźbę i tablicę poświęcone Januszowi Korczakowi oraz pawilon, gdzie wśród całkowitych ciemności pali się wiele świec i głos z taśmy wymienia nazwiska i imiona tysięcy zamordowanych żydowskich dzieci.

Na krótko odwiedzamy dzielnicę rządową, gdzie w nowoczesnych budowlach znajdują się siedziby ministerstw, banku i najważniejsza – Knesethu – parlamentu izraelskiego. A naprzeciw rzeźba przedstawiająca menorę, siedmioramienny świecznik, symbol państwa żydowskiego. Robimy sobie na jej tle zbiorową fotografię. Teraz wracamy na Stare Miasto, a dokładnie na bazar, bo najwyższy czas, żeby pokupować pamiątki i sprawdzić swoje talenty do targowania. Już wiemy, że u arabskiego sprzedawcy można dobrze handlując zmniejszyć cenę do połowy początkowej wartości. Największym powodzeniem cieszą się dewocjonalia, na przykład krzyże i krzyżyki, srebrne i z drzewa oliwkowego, figurki, różańce itp. Ksiądz Stanisław kupił najpierw złotą puszkę do komunikantów, a za chwilę znalazła się w naszej grupie osoba, która sfinansowała ten zakup. Potem przypomniano sobie, że w swarzewskim kościele właściwie przydałaby się nowa kadzielnica, więc postanowiono ją kupić jako wspólny dar od wszystkich pielgrzymów. Wybrano taką w arabskim stylu – pozłacaną i ozdobioną dzwoniącymi kuleczkami. Po zakupach był jeszcze czas, żeby odpocząć w jakimś małym lokaliku, których tam pełno i zjeść na przykład falafel, arabski chlebek wypełniony usmażonymi kulkami z ciecierzycy i surówkami.

Bliżej wieczora zaproponowano nam spacer wokół murów Starego Miasta. To było jakby utrwalenie w pamięci wcześniej oglądanych miejsc, od Bramy Damasceńskiej począwszy. Jeszcze raz mogliśmy zobaczyć na zboczach Góry Oliwnej kolorową mozaikę na fasadzie Kościoła Narodów, przedstawiającą Jezusa modlącego się w Ogrójcu, wyżej olśniewające złotem pięć kopuł cerkwi Marii Magdaleny, a nawet nasz hotel z siedmioma łukami filarów. W innym miejscu pani Krystyna- nasza pilotka- pokazuje Kościół Św. Piotra Gallicantu (Kur Zapiał), stojący na miejscu, w którym znajdował się dom Kajfasza i gdzie Piotr trzykrotnie się Jezusa zaparł. Tam jeszcze przetrwały schody, po których z pewnością chodził Jezus. Spoglądając na zalaną zachodzącym słońcem panoramę Jerozolimy, żegnamy się z miastem.

Dzień ósmy – 5 maja

Zanim pojedziemy w kierunku lotniska, jeszcze wczesnym rankiem zaplanowano Mszę św. w Bazylice Grobu. Na miejscu bardzo miłe zaskoczenie: nie ma tłumów, jest cicho. Już nieco obznajomieni z topografią tego miejsca, korzystamy z czasu, jaki nasi księża potrzebują na przygotowanie się, i jeszcze raz odwiedzamy wszystkie ważne w bazylice sanktuaria. Teraz i na miejscu ukrzyżowania, i na miejscu ustawienia krzyża, i nawet przy Grobie można się pomodlić, można jeszcze raz skierować swoje prośby do Nieba. Msza św. jest przy Ołtarzu Ukrzyżowania, bo ten fragment przynależy katolikom. Przepełnieni wdzięcznością za te wszystkie dni spędzone na Ziemi Świętej, za doznane przeżycia, za widziane miejsca, za to, że obyło się bez ”złych przygód” – schylamy głowy na błogosławieństwo wiedząc, że znajdujemy się na Golgocie. To bardzo ważny, końcowy akcent naszej pielgrzymki.

Droga powrotna była równie bezpieczna, jak przed ośmioma dniami, chociaż tym razem lecieliśmy samolotem linii włoskich. Gdy pod wieczór odmawialiśmy po raz ostatni wspólny pacierz w autobusie wiozącym nas do Swarzewa, cieszyliśmy oczy widokiem naszych zielonych, umajonych pól.

Zdjęcia znajdują się pod tym adresem: http://picasaweb.google.com/gniezdzewo/ZiemiaWiTa#



Dodane przez Administrator dnia June 14 2009 10:36:0410403 Czytań - Drukuj
Copyright © Parafia NNMP 2007
Zapraszamy na Kaszuby! Powered: eXtreme-Fusion